Wywiad z ppłk Krzysztofem Plażukiem

Wywiad z ppłk Krzysztofem Plażukiem

Dzisiejszy wywiad przeprowadzę z p. Krzysztofem Plażukiem, absolwentem naszej szkoły, a obecnie podpułkownikiem rezerwy i członkiem Fundacji Orla Straż.   

– Dzień dobry.

– Witam.

– Na początku chciałam Cię zapytać, do jakiej szkoły się udałeś po zakończeniu 8 klasy? Dlaczego dokonałeś takiego wyboru?

– Moim przystankiem na 5 lat okazał się Lublin, gdzie uczyłem się w technikum budowlanym. Kończąc szkołę podstawową, nie wiedziałem, co tak naprawdę chciałbym robić w życiu, ale zawód budowlańca wydawał się być sensownym wyborem, do czego przekonywał mnie szczególnie mój tata. Czas spędzony w Zespole Szkół Budownictwa oraz w gronie ponad 350 osób zamieszkujących internat, był bardzo barwny w szerokim tego słowa znaczeniu. Dużo się wtedy nauczyłem, szczególnie od innych ludzi, dużo dobrego. Trzeba powiedzieć, że miałem w tym wszystkim szczęście do osób, które wtedy spotkałem, ponieważ natrafiłem na naprawdę wartościowych wychowawców, starszych kolegów i koleżanki – ludzi mających swoje pasje i, co niezmiernie ważne, życiowe zasady. Było, jak to wśród młodych ludzi, sporo wariactwa, ale zawsze wiedziałem, że pewnych granic nie powinienem przekraczać. Sądzę, że te pozytywne ograniczenia, które miałem w mojej głowie, wyniosłem z codziennego, rodzinnego życia oraz z tego, że chodziłem do kościoła.

– Po zdanej maturze wybrałeś się na studia wojskowe we Wrocławiu, co zadecydowało, że wybrałeś taki kierunek?

– To może wydawać się śmieszne, szczególnie z dzisiejszej perspektywy, kiedy zarówno rodzice, jak i młodzież bardzo często niejako „programują” przyszłość, określając ścieżkę edukacji, rozwoju w przysłowiowym „rozbiciu na atomy”. W moim przypadku zdecydowała rozmowa starszych kolegów zasłyszana na siłowni, którzy mówili o wrocławskim „Zmechu” – wyższej szkole oficerskiej, słynącej z niezwykle wymagających warunków, miejscu w którym szkolą się prawdziwi twardzieleJ Postanowiłem, że będę jednym z nich. Moje pojęcie o wojsku było niemal zerowe, nikt z mojej rodziny nie był zawodowym żołnierzem.

– Jak dalej potoczyły się Twoje losy?

– Przez 4 lata studiów albo raczej służby wojskowej połączonej z nauką, poznawałem świat ówczesnej armii. Po zakończeniu studiów zostałem we Wrocławiu. Armia bardzo mocno się zmieniła od czasu wejścia Polski do NATO w 1999 roku. Dzięki temu miałem okazję brać udział w wielu międzynarodowych ćwiczeniach, kursach. Bardzo dużo się nauczyłem i zyskałem dzięki wojsku. Od 2003 roku zacząłem się specjalizować w pracy z mediami, z informacją. To z kolei przełożyło się na nowe możliwości. Wyjechałem na misje do Iraku i do Czadu, przez krótki czas byłem również w Afganistanie. Dwukrotnie miałem przyjemność służyć w strukturach Sojuszu – w Holandii i Belgii, gdzie pojechałem wraz z rodziną. Na tych dwóch wyjazdach skorzystały dzieci, bo mogły chodzić do międzynarodowych szkół. Ten wspólnie spędzony czas był pewną rekompensatą za moje liczne wyjazdy służbowe, za to, że jako rodzina kilkukrotnie zmienialiśmy miejsca zamieszkania. Osiedliśmy na jakiś czas w Krakowie, gdzie jako rzecznik prasowy służyłem w Dowództwie Wojsk Specjalnych, pod którego komendą znajduje się elita polskiej armii, czyli na przykład Jednostka Wojskowa GROM, Jednostka Wojskowa Komandosów z Lublińca czy FORMOZA. Poznałem wtedy prawdziwych wojowników, cichych bohaterów, o których działalności rzadko dowiadujemy się z mediów.

– Co zadecydowało, ze wybrałeś służbę wojskową?

– Do Lublina przyjechałem jako chłopak z prowincji, choć o Janowie, dzięki stadninie koni arabskich, wiele osób słyszało. Przez pierwszy rok chciałem wracać do domu – nie mogłem się do końca odnaleźć wśród setek ludzi w szkole, w internacie. Czasami się po prostu bałem, wielu rzeczy. Dzięki mojemu wychowawcy zacząłem chodzić na siłownię, potem kolega zaciągnął mnie na treningi taekwondo, potem zamieniłem to na kickboxing. Otworzyłem się na ludzi, miałem coraz więcej kolegów i koleżanek. Zmieniłem się, zacząłem się udzielać w samorządzie, pokazywałem, że zależy mi na ludziach, że ich szanuję. W pewnym momencie chyba wszyscy mnie w internacie znaliJ O związaniu się z armią oprócz chęci przeżycia męskiej przygody i niesiedzenia za biurkiem w pracy, zdecydowało również to, że przekraczając mury uczelni wojskowej, można było stać się samodzielnym. W szkole wojskowej wyżywienie, zakwaterowanie są bezpłatne, dodatkowo co miesiąc otrzymujesz pieniądze za to, że wybrałeś służbę wojskową. To trzeba podkreślić: służbę, nie pracę. Jako żołnierz funkcjonuje się bowiem w oparciu o pewne ograniczenia, a sama służba jest bardzo często niezwykle intensywna.

– Co możesz nam opowiedzieć o misjach?

– Misje zmieniły polskie wojsko, zmieniły również mnie jako człowieka. Osobiście uważam, że nasza armia zyskała na wysłaniu żołnierzy za granicę. Zmodyfikowano uzbrojenie, zaopatrzono żołnierzy w dużo lepsze wyposażenie osobiste, zmieniono procedury. Misje bojowe, szczególnie w Iraku i Afganistanie, przetestowały wszystko – dużo efektywniej niż najlepiej przygotowany poligon w Polsce. Faktem jest, że nie wszyscy z tych misji wrócili do Ojczyzny. To jest naprawdę przykre. Zginęło lub zostało poważnie rannych kilku moich kolegów. Służba wojskowa niesie ze sobą niejedno wyzwanie… Jednak w skali całego wojska, w kontekście przygotowania armii do prowadzenia działań wojennych, udział w misjach przełożył się na praktyczne wyszkolenie. Mamy dziś prawdziwych profesjonalistów – żołnierzy, którzy za swój kunszt są doceniani niemal wszędzie tam, gdzie się pojawią, w tym również w dowództwach NATO. Czułem prawdziwą dumę, nosząc mundur z polską flagą. Dla mnie, jako człowieka, wyjazdy pokazały, że istnieje inny, dużo bardziej ubogi świat. Miejsca, w których o życie musisz walczyć niemal każdego dnia. My, Polacy, nie mamy takiej sytuacji. Pamiętam, kiedy wróciłem z Iraku, to po wylądowaniu na wrocławskim lotnisku, dotknąłem dłonią polskiej ziemi, z radości. Obiecałem kolegom, którzy tam jeszcze zostali, że pozdrowię Polskę od nich.

– Co najbardziej utkwiło Ci z tego okresu życia i służby wojskowej?

– Chyba to, że sytuacja może zmieniać się diametralnie z minuty na minutę. Mam tu na myśli momenty, kiedy będąc na misji, siedzisz sobie spokojnie przy biurku, pracujesz lub jedziesz w konwoju i nagle rozpoczyna się ostrzał bazy czy kolumny pojazdów. Zmieniasz momentalnie myślnie, nastawienie, zaczynasz walczyć o przeżycie. W takich chwilach cała reszta jest nieważna, nie ma już innego świata, jesteś ty i chęć wyjścia cało z tej sytuacji. To daje potem siłę, dystans do rzeczywistości. Kiedy jest się w kraju jak Polska, gdzie nikt z definicji nie strzela do ciebie na ulicy, inaczej pojmujesz codzienność. Są wyzwania, sprawy do załatwienia, ale nie problemy.

– Jesteś obecnie na wojskowej emeryturze, jesteś żołnierzem rezerwy. Czym się zatem zajmujesz?

– Tak, zakończyłem czynną służbę wojskową po niemal 27 latach, ale przygodę z armią nie do końca. 3 tygodnie temu zostałem powołany na 10-dniowe ćwiczenia rezerwy. Takie sytuacje będą się zdarzać, ale szczęśliwie dla mnie, dość rzadko. Odchodząc na emeryturę, chciałem przede wszystkim poświęcić więcej czasu rodzinie, szczególnie trójce moich dzieci, ponieważ nie zawsze miałem okazję być z nimi, kiedy mnie potrzebowały. Relacje w rodzinie to podstawa, to ciągła praca, a może nawet pewnego rodzaju walkaJ Poza tym od marca br. jestem członkiem Orlej Straży, fundacji założonej przez mojego przyjaciela ze szkoły oficerskiej, Bartosza Rutkowskiego, który opuścił szeregi armii w 2016 roku. Szczerze mówiąc nie mam za dużo wolnego czasu ani w domu, ani poza nim – praca mnie chyba bardzo lubiJ

– Opowiedz nam o Fundacji Orla Straż. Czym się zajmuje? Jakie są jej główne cele?

–  Fundacja liczy czterech członków, ale jest wspierana przez wspaniałych ludzi z różnych regionów Polski – wolontariuszy. Pomagamy ofiarom terroryzmu na Bliskim Wschodzie. Nasz rejon działania to przede wszystkim północny Irak – Iracki Kurdystan ale również Egipt. W szczególności wspieramy chrześcijan oraz Jezydów, ludzi niezwykle mocno doświadczonych w wyniku zbrodniczej działalności tzw. Państwa Islamskiego (ISIS). Pod koniec I wojny światowej Jezydzi uratowali z tureckiego pogromu około 25 tysięcy chrześcijan. Wydaje się zatem, że mamy pewnego rodzaju moralny dług do spłacenia wobec nich, bowiem w swojej historii doświadczyli 74. udokumentowane ludobójstwa, w tym ostatnie parę lat temu z rąk bandytów z ISIS. 

– Fundacja została założona w Polsce- zatem jak pomagacie poza granicami naszego kraju?

– Normalnie jeździmy w rejon naszej 3-4 razy w roku. Aktualnie jest to w praktyce niemożliwe. Kontynuujemy nasze projekty za pośrednictwem naszych przyjaciół z dwóch lokalnych, małych organizacji charytatywnych. To właśnie oni nadzorują budowę kolejnych domów, zakup zwierząt hodowlanych czy odtwarzanie miejsc pracy. Organizujemy warsztaty terapii zajęciowej dla kobiet i dzieci, które były w niewoli ISIS, finansujemy również codzienne funkcjonowanie sierocińca, w którym edukację otrzymuje około 300 sierot.

– Co jest najbardziej niebezpieczne w działalności Fundacji Orla Straż?

– Zmienność sytuacji w rejonie naszej misji. Tam są inne warunki, inna mentalność. To teren zamieszkany przez wiele grup etnicznych, z których każda ma swoje cele. Dziś jest względnie bezpiecznie, a jutro może wybuchnąć konflikt. W takcie naszego ostatniego wyjazdu, w marcu br., musieliśmy zmienić szybko plany, ponieważ z dnia na dzień okazało się, że zamykane są prowincje, miasta, lotniska. Dzięki pomocy przyjaciół stamtąd oraz wsparciu Opatrzności udało się nam uniknąć zamknięcia daleko od granic Polski i bezpiecznie wrócić do kraju, do naszych rodzin.

– Jak możemy zatem pomóc?

– Przede wszystkim rozpowszechniając informacje o Fundacji. Zapraszam na naszą stronę internetową https://www.orlastraz.org/ Tam znajdują się wszelkie dane odnośnie szczegółów naszej działalności. Zapraszam do śledzenia naszych profilów w mediach społecznościowych, na przykład na Facebook https://www.facebook.com/orlastraz

– A już na koniec chciałabym Cię zapytać o Twoje wspomnienia związane ze Szkołą Podstawową w Janowie Podlaskim. Co szczególnie utkwiło Ci w pamięci?

– To był niezwykle barwny czas tak naprawdę beztroskiego dzieciństwa. Pamiętam charakternych i wymagających nauczycieli. Pamiętam nas z tamtych czasów – pełnych energii uczniów, którzy trochę rozrabiali, to fakt. Wydaje mi się jednak, że żaden z nas nie przekroczył wtedy pewnych umownych granic, a jeśli coś poszło nie tak w kontakcie z kolegami, koleżankami czy nauczycielami, to były przeprosiny. Jako klasa trzymaliśmy się razem i to była w dużej mierze zasługa Pani Ireny Olichwiruk, naszej wychowawczyni i paru innych osób z klasy, które były takimi pozytywnymi liderami – niektóre z nich pracują dziś jako nauczyciele w szkole podstawowej w Janowie PodlaskimJ Kiedy popatrzę na to w jakim środowisku wzrastałem, to jestem dumny, że miałem takich wspaniałych ludzi dookoła siebie. Kończąc, bo gaduła ze mnieJ, kiedy miałem przyjemność spotkać się z uczniami klas siódmych, to podkreślałem, że każdy z nich ma jakieś unikalne zdolności, jakieś indywidualne powołanie do czegoś. To normalne, że w tym wieku mogą jeszcze o tym nie wiedzieć, ale ważne, żeby wierzyli, że mogą zrobić COŚ w swoim życiu, żeby dobrze inwestowali w swój rozwój i walczyli ze swoimi słabościami. Życie to ciągła nauka i walka, wiem coś o tym…

– Serdecznie dziękuję Ci za rozmowę.

Rozmawiała Iwona Andruszkiewicz

Zainteresowanych zachęcam do zajrzenia na stronę Fundacji  Orla Straż https://www.orlastraz.org/o-nas/ 

Zdjęcia: JFTC Bydgoszcz, arch. pryw. Krzysztofa Plażuka, strona internetowa Fundacji Orla Straż.

Zdjęcia pochodzą ze strony Fundacji Orla Straż

Dzielenie się jest dobre, Ty też możesz podzielić się tym wpisem z innymi: